logo

Nasza wyprawa nad Jezioro Otmuchowskie

By | poniedziałek, czerwca 23, 2014 1 comment
Wróciliśmy. I chociaż pogoda nas nie rozpieszczała, jesteśmy bardzo zadowoleni. Zapomniałam już jak fajnie może być na wyjeździe. Ten był szczególny - spędziliśmy 3 dni z przyczepką bez Tatusia-Mężusia. Bałam się, czy sama z Franiem dam sobie radę, ale w końcu kiedyś muszę uwierzyć w siebie. Musimy zacząć żyć normalnie. Tak na 100% i nie pozwalać dłużej, aby cukrzyca stawała nam na drodze do normalności. Do tej pory niestety tak było. Wszystkiego się bałam, wolałam nie ryzykować. Teraz już jednak znamy się z nią na tyle dobrze, że często udaje nam się żyć w symbiozie. Ale teraz to, co mnie zachwyciło w ten weekend... Jezioro Otmuchowskie :)

Byłam tam już wcześniej kilka razy. Byłam tam, kiedy pod moim sercem rósł mały Franio, w 4 miesiącu ciąży. Szczęśliwa jak nigdy delektowałam się spacerami po plaży i swoim "niestandardowym" stanem. Teraz ze wzruszeniem tam wróciłam - z Franiem obok siebie. I było nam naprawdę dobrze:) Z przyczepki mieliśmy widok na jeziorko. Przyznam, że jest ono całkiem ładne i klimatyczne. Ośrodek kempingowy nr 42, na terenie którego nocowaliśmy - super :) Czyste prysznice i reszta sanitariatów, bar z domowymi posiłkami (chociaż i tak jedliśmy swoje). Spokój, cisza, pełna kultura (z małymi wyjątkami :P). To tutaj Franio odkrył smak czereśni. Zrobiliśmy z Dziadziem konkurs plucia pestkami na odległość, a potem było jedzenie pomidorków koktajlowych podrzucanych wysoooooko do góry. Złowiliśmy wieeeeeeeelkiego leszcza i była mega radocha :) Franio biegał bez ograniczeń. Udało mu się nawet trochę połazić po wodzie. Trochę, bo wybiegł z niej w pewnym momencie wrzeszcząc - Mamoooo, Meduzy tutaj są! :)


 Przyznam szczerze, że część turystów przebywających na ośrodku mogła na nas patrzeć, jak na wariatów, ale co tam. Ważne, żeby było z kogo się pośmiać :) A widoczki.... Podzielę się z Wami, a co!!



Takie pobyty na polach namiotowych i ośrodkach kempingowych to też świetna okazja do zaobserwowania typowych polskich przywar. Była i walka o stanowiska wędkarskie (licytacja, o to, kto był tu ile wcześniej), i stawanie samochodami, które (choć miejsca było sporo), mistrzowsko zasłaniały piękny widok... Było też całodzienne "Ona tańczy dla mnie". Że już o tych wszystkich "panienkach" wspominanych po kilkadziesiąt razy na dobę nie wspomnę ;) Szkoda, że niektórzy zachowują się tak, jakby byli zupełnie sami na urlopie, nie zwracając uwagi na to, że są po prostu uciążliwi. Ale cóż... chyba takie uroki życia z stadzie :P Nad samym jeziorkiem był spokój, bo mało komu chciało się tam po schodach łazić :P

Pewne jest jedno - jeszcze tam wrócimy, może jesienią, kiedy stan wody będzie nieco mniejszy, a plaża na tyle duża, że pozwoli nam rozpalić ognisko :) To miejsce, które naprawdę polecam rodzinom z dziećmi!
Nowszy post Starszy post Strona główna

1 komentarz :

  1. Jak tam pięknie :-)
    Franio jaki skupiony na czereśniach :-p

    OdpowiedzUsuń